RSS
środa, 11 listopada 2015
opuszczenie

"ja opuszczam Gotham
z Kobietą Kotem"

/Marcin Świetlicki, Gotham/

Móc sobie pozwolić na gest opuszczenia, oddalenia, separacji, porzucenia. W dowolnym momencie, pod wpływem impulsu albo w wyniku głębokich przemyśleń. Nie oglądać się na nic i na nikogo, mieć w sobie moc decydowania i działania, władania wszystkimi konsekwencjami i następstwami. I nie musieć niczego tłumaczyć, racjonalizować, analizować, rozbijać na atomy, kalkulować, motywować. "Nie mam ochoty" i "Już mi się nie chce" uczynić wystarczającym powodem radykalnych posunięć. Ot tak. Po prostu

Być poetą i móc to wszystko osiągnąć za pośrednictwem poetyckiego gestu. Słownej deklaracji. Która nie znosi sprzeciwu, która ZNACZY, która ma moc tworzenia i niszczenia.
Przynajmniej tyle i aż tyle.

niedziela, 01 listopada 2015
tak/nie

Tak. Nie.
Monosylaby. Słowa najbanalniejsze z możliwych, kosztujące tak niewiele, niemalże nic.
Aż trudno uwierzyć, że za ich pomocą można by poukładać cały swój świat, nauczyć się go rozumieć, interpretować. Odzyskać spokój i orientację. W końcu wiedzieć co dalej.

By.
Słowo, które wciąż nie pozwala z punktu A przesunąć się w stronę punktu B.


niedziela, 30 sierpnia 2015
sprawa smaku

Pamiętam mój pierwszy wyjazd poza granice Polski - studencki, zgrzebny i skromny - i wszystkie myśli, które zrodziły się w mojej głowie tuż po powrocie: o nieprzystawalności dwóch światów, rozdźwięku między nimi, różnicach pozornie niewielkich, dyskretnych, a jednak dających się odczuć w sposób wyjątkowo dotkliwy. Choć od tamtej podróży minęło wiele lat, wciąż niezmienny zostaje mój pogląd na to, co tak naprawdę różni mój kraj od krajów Europy Zachodniej: poczucie dobrego smaku, gustu, estetyki - tutaj haniebnie niskie, zatrważająco wynaturzone; objawiające się w różnych postaciach dosłownie na każdym kroku, i w skali makro (planowanie urbanistyczne miast), i w skali mikro (utrzymanie przestrzeni przydomowej, ogródki, drzwi, przydomowe dekoracje... albo szyldy restauracji i sklepów, ich okna wystawowe, witryny); wszechogarniające, przenoszące się na mentalność, sposób zachowania, styl życia, aurę miejsc i społeczności...

czwartek, 27 sierpnia 2015
kaplica

Upajająca przestrzeń soczystej zieleni, dyskretnych żółtocieni i brązów, błękitu nieba i światła słonecznego w całej jego intensywności, rozbuchaniu i cieple. W tym krajobrazie dyskretna figura kaplicy z żółtego kamienia, prosta, geometryczna bryła, zlewająca się z tłem w sposób absolutnie doskonały.
Wewnątrz intymność, harmonia, cisza, wrażenie wnikania w głąb samej siebie, do źródła swego spokoju i równowagi, a jednocześnie poczucie zespolenia  z całym kosmosem. Czuję się tutaj, jak gdybym rozdarła kawałek nieba i zawisła w powstałej szczelinie, by patrzeć na gwiazdy i przestrzeń kosmiczną wokół mnie. Światło z trójkątnych drzwi kładzie się na wilgotnej posadzce ostrymi liniami, nad głową rozlewa się biel, na ścianach wibrują refleksy soczewek wciśniętych w otwory betonowego muru. Na usta ciśnie się tajemniczy fragment Micińskiego: "Na księżycu czarnym wiszę patrząc w gwiazd gasnących ciszę"...

kaplica

"Intensywne doświadczenie chwili, poczucie całkowitego błogostanu, bez świadomości, że istnieje przeszłość i przyszłość, towarzyszy wielu, możliwe że wszystkim, doznaniom piękna. Emanująca pięknem rzecz pobudziła we mnie do brzmienia coś, o czym, kiedy już przeminie, mówię: Byłem wtedy cały w sobie, a jednocześnie cały w świecie, najpierw i przez chwilę z zapartym tchem, potem całkowicie pochłonięty i pogrążony w zadziwieniu, we współbrzmieniu, podniecony, bez wysiłku, ale spokojny zarazem, urzeczony czarem zjawiska, które mnie poruszyło. Uczucie radości. Szczęście. Oblicze śpiącego dziecka, które nie wie, że ktoś mu się przygląda. Spokojne, niezakłócone piękno. Nic nie jest zapośredniczone. Wszystko jest sobą.
Rzeka czasu jest wstrzymana, przeżycie przeciekło w kształt obrazu, którego piękno zdaje się kierować do głębi. W czasie, kiedy trwa doznanie, przeczuwam prawdziwą istotę rzeczy, ich najogólniejsze właściwości, i przypuszczam teraz, że znajdują się one poza wszelkimi kategoriami myślenia".


/P. Zumthor, Myślenie architekturą/  

środa, 26 sierpnia 2015
zagapliwości

Za Dniem na ziemi - lista rzeczy, które "zbudziły zmysły":

- Niczym niezakłócony błękit nieba nad Sekwaną w zaciszu skweru przy Notre Damme
- Głos kukułek w beginażu w Brugii
- Soczysty roast beef on Moisan toasted bread w Le Bonaparte Cafe Brasserie w Paryżu
- Pełna namaszczenia i koncentracji współpraca w budowaniu domolotu dla pipczaków
- Zapach róż w nagrzanym słońcem powietrzu w parku Vrijbroek w Mechelen
- Bezkresna zieleń Nadrenii Północnej-Westfalii
- Nieruchomość, nieobecność i cisza XVI dzielnicy Paryża, jak na obrazach Chirico
- Przyjemne mrowienie połączone z ekscytacją na widok planu V piętra Centre Pompidou
- Koncentryczne promienie słońca na rudobrązowej posadzce MAS w Antwerpii
- Skupienie i namaszczenie, lekkie stąpanie krętych schodach osób odwiedzających dom Victora Horty
- Symetria, spójność i zgodność ceglastych domków jednorodzinnych w Mechelen (westchnienie: "Dlaczego u nas się tak nie da")
- Smak zimnego wiśniowego krieka po męczącym dniu, w ciepłym świetle podłogowej lampy
- Łaskotki na czubku głowy na tylnym siedzeniu samochodu mknącego po autostradach Niemiec i Luksemburga
- Baśniowy świat małych domków ilustrowanych jak najpiękniejsza książka dla dzieci w parku Tivoli
- Radosne podskakiwanie przed fasadą Maison Guitte w Antwerpii (rekompensata rozczarowania doświadczonego przed zamkniętymi bramami Villi la Roche)
- Zapach lawendy na wykwintnej i wypieszczonej ulicy Cogels Osylei
- Klimat anachronicznej kawiarni w Brugii obsługiwanej przez 70-letnie ospałe panie (analogia z zatęchłym strychem, pełnym ułożonych na stołach krzeseł i innych rupieci, w miejscu przygotowywania kawy i odbierania piwa)
- Podziw dla precyzji ruchu kawałkiem węgla u rysownika naprzeciw ratusza na Grand Place w Brukseli
- Poczucie dumy z wyszukania szałowych obiektów spoza kanonu "musisz zobaczyć" i "nie przegap"
- Szybka robocza refleksja, że całościowy widok na kościół św. Mikołaja i katedrę św. Bawona w Gandawie jest jednym z lepszych na świecie

poniedziałek, 24 sierpnia 2015
mapa i terytorium

 Po powrocie z inspirującej podróży chce się jak najwięcej ocalić z tego, co zdołało się zobaczyć i przeżyć, poskładać w całość fragmenty tamtego świata, stworzyć swą własną wewnętrzną przestrzeń, sklejoną z map, zdjęć, folderów, muzealnych planów, biletów kolejowych, rachunków z restauracji, zakupionych pamiątek, książek prezentujących obejrzane zabytki. Utrwalić to, co ulotne, raz jeszcze poczuć tamte wrażenia, w ułomnie sztuczny sposób odzyskać ich intensywność - za pomocą słowa pisanego i czytanego (książki, które chciałoby by się mieć tuż pod ręką, nie tyle po to, by się z nich uczyć, ale żeby pamiętać o tym, co się widziało), rejestracji obrazów (zdjęcia, żadne tam artystyczne spojrzenie, raczej zapis widzianych obiektów, szczegółów, przykuwających uwagę zjawisk), splotu refleksji, spostrzeżeń, przewartościowań, tak swoich, jak i innych odwiedzających te same miejsca.

poniedziałek, 03 sierpnia 2015
jeszcze raz?

Przekracza próg księgarni. Półmrok, punktowe światło padające na poniektóre regały. Wdycha gęsty zapach papieru, kleju i drewna. Napawa się nim, zachwyca. W oczach wirują kolory okładek, czcionki tytułów, tęcza grzbietów, labirynt słów. Przesuwa dłonią mi książkach leżących na stole. Opuszkami palców bada śliskość okładek, wypukłość liter, zaokrąglenia grzbietów. Przymyka oczy i wchłania w siebie to wszystko raz jeszcze: zapach, dotyk i obraz. Wyczuwa obietnicę, która za nimi  się kryje. Uśmiecha się, rozpromienia od środka. W gardle czuje wzruszenie, jakieś drobne impulsy przepływające przez całe ciało. Wracają urywki dawnych wrażeń. Ekscytacja, drżenie, rozkosz obcowania z literaturą w jej materialnym i niematerialnym wymiarze. Wraca poczucie bycia u siebie, w miejscu najlepiej znanym, najbardziej przyjemnym, bezpiecznym, swojskim i własnym. Wszystkie te chwile, w których czuła się sobą, szczęśliwa i spełniona, choć niemająca nic własnego, nikogo przy sobie, niczego namacalnego - poza naiwnym przekonaniem o możliwości życia z literatury i z literaturą. "Wróć", słyszy gdzieś w głębi siebie.

poniedziałek, 09 marca 2015
niepojmowanie


"Młody człowiek po dwudziestce, nawet jeśli zdradza niezrozumienie i niepewność swoich celów i zamierzeń, to mimo wszystko ma silne poczucie tego, czym jest życie samo w sobie i czym on jest w tym życiu, i czym może się stać. Później... później pojawia się jeszcze więcej niepewności, więcej zależności, więcej kroków wstecz, więcej fałszywych wspomnień (...) Kto to powiedział, że im dłużej żyjemy, tym mniej pojmujemy?"

/J. Barnes, Poczucie kresu/

Przeglądam swoje stare zapiski, z lat studenckich, i nadziwić się nie mogę, ile w nich pewności, zdecydowania. Spójny system wartości, silne zasady, jasne perspektywy, przekonanie co do, czego się chce, a czego nie chce. Jakaś niezłomność w myśleniu, odróżnianiu wartościowego od bezwartościowego. Umiejętność opisania, zdefiniowania samej siebie. A przede wszystkim - chęć do działania, odwaga, by posuwać się naprzód, sprzężenie pomiędzy "chcę" a "robię".

Dzisiaj niewiele z tego zostało. Najczęstszą odpowiedzią, którą pada z mych ust, jest: "Nie wiem". Jestem totalnie zagubiona, gdy idzie o moje plany, dążenia, oczekiwania, a nawet opinie, odczucia. Nie wiem, czy postępuję właściwie, czy niewłaściwie, szukam na zewnątrz jakiś potwierdzeń, znaków, miotam się, gryzę, a czasem po prostu odpuszczam, tchórzliwie usuwam się na bok, uniemożliwiam dzianie się, przemienianie. Decyzje o kształcie mojego życia zostawiam przypadkowi, a owocem przypadku jest zwykle miernota lub nicość.

Zawsze naiwnie myślałam, że z biegiem czasu wszystko się będzie krystalizować, życie się zamknie w solidnych, niepodważalnych ramach. Że mając już fundamenty, będzie się do nich tylko dodawać, pomnażać, poszerzać. Przez myśl mi nie przeszło, że w wieku, w którym jestem, stale mnie będą nawiedzać pokusy, by kwestionować wszystko, co budowałam przez blisko dziesięć lat, że wciąż się nie będę czuła na swoim miejscu, nie znała swej własnej tożsamości. Że widok na przyszłość będzie coraz bardziej rozmyty, mętny i niewyraźny. Że celów będzie ubywać, zamiast przybywać. I że nie będzie żadnych powodów, nawet tych najmniej wymagających, z kategorii: "Tak trzeba".

Skąd się to wszystko wzięło? Czy nadto skomplikowałam moje spojrzenie na rzeczywistość, straciłam z oczu punkty oparcia, przyjęłam umowność, przejściowość, relatywizm definicji, granic, wydarzeń? A może je zbytnio zredukowałam, pozbawiając się wszystkich perspektyw, możliwości, powodów, które pomogłyby określić kierunek, szukać sił w sobie, by być mu wiernym? Może zbyt wiele chciałam zrozumieć i klęska, którą na tym polu poniosłam, sprawiła, że teraz już nic nie rozumiem?

sobota, 03 stycznia 2015
głucho

Gdybym do głosu zechciała dopuścić logicznie myślący rozum, mogłabym przyjąć, że nic się właściwie nie stało, bo nie da się zniszczyć czegoś, co nie istnieje; że wydarzenia ostatnich dni niczego nie zmieniają, bo nie da się zmienić czegoś, co nie ma kształtu; że za tym, czego raz jeszcze nie mogłam się doczekać, stoi pewien konkretny komunikat, którego pesymistyczną połowę znam już od wielu miesięcy, więc nie powinna mnie dziwić, a drugiej połowy - tej bardziej optymistycznej - nie byłam świadoma i ona właśnie powinna mnie cieszyć; że to właściwie krok naprzód w interpretacji tej całej historii i pojmowaniu swojego położenia, brakujący element czegoś, co i tak nigdy nie będzie całością...

Każde z tych zdań brzmi sensownie, a jednak żadne nie ma mocy przekonywania.

Słyszę głos tego logicznie myślącego rozumu i jednocześnie go nie słyszę.

wtorek, 11 listopada 2014
nietrwałości

Przeraża i frustruje mnie powtarzalność, przejściowość, nietrwałość wszystkiego. To, że bardzo rzadko się zdarza, żeby rezultat ciężkiej pracy móc nazwać nieodwracalnym, długoterminowym, by jego następstwem była fundamentalna zmiana, znaczący progres, poczucie, że tutaj już można sobie odpuścić, odcinać tylko kupony. By z całą pewnością uznać, że pewne rzeczy są już zamknięte, poukładane, ostatecznie skończone. By można było odetchnąć.

Wszystko nieustannie powraca, wszelki wysiłek obraca się wniwecz i wszystko ciągle trzeba zaczynać od nowa, ze świadomością, że znów za tydzień, za miesiąc, za rok...
Daremność, jałowość, nieproduktywność. Te same schematy na wszystkich obszarach życia.

Choćby rzecz tak banalna jak sprzątanie - efekty ciężkiej pracy pozostają widoczne góra dzień lub dwa, a potem na nowo osiada kurz, naczynia znów tworzą piramidy w zlewozmywaku, a wszystkie przedmioty niepostrzeżenie rozpoczynają wędrówkę ku miejscom niepożądanym. 

Kwestia relacji z ludźmi, trwałość przyjaźni, jakość znajomości - ciągle ten sam przygnębiający wniosek. Tak mało czasem zostaje z więzi, w które włożyło się tyle serca, wysiłku, emocji; tak trudno pogodzić się z faktem, że w końcu nadchodzi dzień, w którym ludzie nagle znikają, przestaje im już zależeć, tracą zainteresowanie, i znowu jest się samemu, i znów trzeba od nowa, mozolnie, powoli szukać, sprawdzać, przekonywać się, przywiązywać...

A kiedy myślę o sprawach fundamentalnych, niematerialnych, o tożsamości, o swojej życiowej misji, o sensie życia, właściwych wyborach, zastanawiam się czasem, czy kiedyś doczekam momentu, w którym będę znała odpowiedź na wszystkie trudne pytania, w którym poczuję, że jestem spełniona. I będę miała poczucie pewności, adekwatności, bycia we właściwym miejscu, w sposób, jaki najbardziej mi odpowiada. Wystarczy, że zmienia się środowisko, ludzie dokoła, obszar, na którym przychodzi mi funkcjonować, i wszystko, co kiedykolwiek udało się wypracować, poczynając od kompetencji, poprzez poczucie komfortu, kończąc na postrzeganiu swej własnej osoby, przestaje istnieć, ulatnia się, jak gdyby nigdy tego nie było.

Ciągle zaczynam od nowa, wszystko, co było zdefiniowane, doprecyzowane, traci na aktualności, przestaje wystarczać, ukazuje swą słabość, staje się jakimś mirażem, samooszustwem... I ciągle, jak Syzyf, od nowa, od podnóża ku szczytowi, i znowu od punktu zero...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12