poniedziałek, 02 stycznia 2012
bez słów
Nie umiem pisać. Od dawna nie umiem pisać. Wyrazać siebie, szukać właściwych słów, składać je w zdania, które mowią coś prawdziwego. W których jest przekaz. Które umieją poruszać. Wszystko, cokolwiek próbuję napisać, jest jakąś watą słowną, bez żadnych znaczeń, bez możliwości trafienia w sedno. Czasem to tylko zlepek najbardziej właściwie brzmiących i pasujących wyrazów, w których nie ma ani mych myśli, ani emocji.
Brak praktyki byłby najprostszym wytłumaczeniem. W końcu nie robię tego od lat, od lat nie mam też źródeł inspiracji ani niczego, co mogłoby mnie stymulować. Ale nie o to chodzi.
Tak naprawdę niewiele jest we mnie. Ja nie potrafię już czuć i rozumieć słów. Nie umiem ich z siebie wydobyć, nie umiem do siebie ich zabrać. Poezja jest w moich rękach martwa. Ani nie iskrzy, ani nie rozpala. Nie mówi niczego. Tomiki z wierszami wiedną mi w dłoniach, a monologi i dywagacje odbijają się głucho od teatralnych ścian. Idee... idei właściwie nie ma, nie ma skąd i nie ma dokąd, nie ma żadnego kierunku. Wzruszenia też nie istnieją, podobnie jak przygody, nauki i inspiracje. Tak niewiele już widzę, tak niewiele słyszę i czuję, i tak okrutnie nie umiem sobie z tym radzić. Nie tylko niema, ale i głucha...
niedziela, 01 stycznia 2012
recuerdos
Myślałam, że już nigdy nie wrócą. Jakżeby mogły, po tylu latach. Po moim własnym zgonie, po moim pogrzebie, po mojej długiej żałobie. Przetrwać nie miały prawa, odcięłam im wodę, powietrze i wszystko, czymkolwiek by mogły się żywić. Zniszczyłam wszystkie ślady, pozostałości i więzy. A jednak wciąż gdzieś tam są. Odbite na tafli szyby w ciemną sylwestrową noc. Zaklęte w dźwiękach i słowach. W nazwach i smakach. I chociaż śpią tak głęboko, to jednak ranią równie głęboko, kiedy powraca choć najdrobniejsza impresja tamtych zaprzeszłych chwil. Tego jednego szczęśliwego roku.
Recordarás nuestros días felices... ...Un año de amor
piątek, 02 września 2011
dzianie - niedzianie
Świat wypadł ze swoich ram, choć nic się w nim nie zmieniło, nic się nie wydarzyło. Wszystko dzieje się we mnie, a to co, co się dzieje, zmienia ludzi, zdarzenia i otoczenie prawie nie do poznania. Na kogoś, kogo znałam od prawie roku, patrzę jak na obcego człowieka i muszę na nowo uczyć się z nim kontaktu, na wszystkich poziomach jego istnienia, także na takich, które dotychczas nawet nie przeszły mi przez myśl. Zdarzenia, z których jeszcze parę tygodni temu czerpałam energię, traktując je w kategoriach wyzwania i szansy, dzisiaj mnie ciągną ku ziemi i odbierają chęć do działania. Przyszłość, która miała już całkiem konkretne kształty i cele, znowu się stała bezbarwną mazią, w której nic nie jest pewne, nic nie jest ważne, nie ma do czego i po co dążyć. A tak naprawdę nie dzieje się nic. I nawet nie wiem, co dzieje się we mnie. Bo też kontaktu z mą własną świadomością, własnym pokładem odczuć i myśli mam nie za wiele... Jak gdybym stała za jakimś wysokim murem i tylko po niewyraźnych odgłosach i szmerach mogła domyślać się zawieruchy, nie mogąc jej ani zobaczyć, ani w niej uczestniczyć, ani ocenić rozmiarów i konsekwencji... Bo gdzieś tam głęboko, najgłębiej...
wtorek, 09 sierpnia 2011
under the circumstances
Ile ja bym dała, żeby móc wykonywać pracę, którą wykonuję, w normalnych warunkach, z przejrzystą komunikacją, z jasnymi zasadami, ze zrozumieniem kontekstu biznesowego, z poszanowaniem potrzeb i oczekiwań, wśród ludzi, którzy są w stanie okazać chociaż minimum zaangażowania i wdzięczności za to, co i jak dane jest im robić, którzy są warci zachodu i koncentracji. Czy ja naprawdę oczekuję tak wiele?
A tak pozostaje mi wieczna frustracja i wieczne wypalanie się w warunkach ciągłej inercji, miernoty i ignorancji. Z ludźmi, w których własnym interesie powinien być rozwój i podnoszenie kompetencji, muszę nieustająco walczyć, odwalać za nich czarną robotę, przerabiać i doprowadzać do stanu używalności jakieś ochłapy, które na odwal się mi rzucają, wmuszać im swoje wsparcie i pomoc, na siłę im wciskać certyfikaty, o których inni by mogli tylko pomarzyć. W zamian nie dostaję nawet marnego słowa dziękuję - stałą taktyką jest raczej unikanie, olewanie i ignorowanie mojej osoby, niektórych nie stać nawet na to, żeby powiedzieć mi "spadaj" albo podać mi krzesło, kiedy do nich podchodzę.
I nawet nie mogę tym wszystkim wstrząsnąć, odsiać tych, którzy się nie sprawdzają, poświęcić uwagi tylko temu, co dobrze rokuje i generuje wartość dodaną, nie - muszę realizować jakieś chore, odgórnie wyznaczone cele, produkować bandę ignorantów i oszustów, którzy niebawem z minimalnym nakładem pracy i zerowym poziomem wiedzy będą się legitymować jednym z najbardziej prestiżowych certyfikatów...
Wkurza mnie to i się przeciwko temu buntuję.
sobota, 28 maja 2011
share
"Happiness only real when shared" - wspomnienie tych słów dopadło mnie wczoraj, kiedy otwarłam drzwi od mieszkania i uderzyła mnie lśniąca poświata słońca, która wspaniale wyostrzyła każdy najmniejszy szczegół, uwydatniła wszystkie walory wnętrza, wnętrza, które by mogło być takie przytulne, takie lubiane, tak wypieszczone, gdyby... gdyby je można było z kimś dzielić, gdyby w tych wszystkich domowych gestach i rytuałach, w całym tym symbolicznym zagospodarowywaniu przestrzeni i nadawaniu jej znaczeń, przypisywaniu emocji i doznań, tworzeniu azylu i gniazda, był jakikolwiek - wspólny - sens.
piątek, 01 kwietnia 2011
Rodzeństwo / Teatr Stary
Ta scena, gdy osaczony swoimi demonami Ludwik, przy wtórze Eroiki Beethovena, z szaleńczą pasją odwraca wszystkie portrety do ściany, jak gdyby mówił: oto prawdziwa rzeczywistość, wynicowana, wywrócona na drugą stronę, pusta, nijaka, niema, oto nasz świat, rewers daremnej gry pozorów i fałszerstw, w którym każda forma i każda osoba to tylko żałosne atrapy, równie bezużyteczne i równie fałszywe jak twarze dawno odeszłych ludzi, jak twarze towarzyszących nam ludzi (ludzi, z którymi porozumienie nie może osiągnąć nawet najbardziej elementarnego poziomu), prawdziwe twarze to te zrozpaczone, okaleczone, osamotnione, których odróżnić nie można od bezbarwnego, szarego tła, których de facto nie ma, to nasza powszedniość, w której śmiech się przeradza w szloch i bezsilne wycie, w której toniemy, szalejemy, obumieramy, to jest to, co nas w rzeczywistości otacza...
czwartek, 31 marca 2011
w matni
Siedem dni bez pracy, by znaleźć odpowiedź na fundamentalne pytania. By podjąć decyzję. By w końcu się dookreślić. By stworzyć w miarę konkretny plan i zacząć wierzyć, że gdzieś zaprowadzi.
Pierwsze pytanie, odejść czy zostać. Bo jeśli odejść, to z desperacji, całkiem na ślepo, bez żadnych konkretnych perspektyw. Odejść gdziekolwiek, skoczyć na główkę w ciemne odmęty niezbadanej rzeki. A jeśli zostać... Zostać to znaczy coś dużo więcej. Przekonać siebie, że warto poświęcić swój system wartości, swój spokój wewnętrzny, swój komfort psychiczny, swoją potrzebę dostatku, swoje poczucie godności po to, by zacząć zbierać profity za jakiś czas, w innym miejscu, na innych całkiem zasadach. Poświęcić się. Zacisnąć zęby. Zapłacić ogromną cenę. Sprzedać swą duszę diabłu, by z czasem odnaleźć zbawienie. Czy to się może udać?
Chciałabym mieć w sobie na tyle odwagi, na tyle energii, by się od tego zupełnie odwrócić, odciąć, nigdy nie wracać. Pokazać wszem wobec, jak bardzo się z tym nie zgadzam. Jak mi się to nie podoba. Znów umieć wierzyć, że gdzieś istnieją zupełnie inne światy i znajdzie się dla mnie w nich miejsce. Że jestem tego warta i dam sobie radę. Że nagłą zmianą nie zrujnuję tego, co dotąd udało mi się osiągnąć, ale że wreszcie zacznę rozwijać skrzydła, czerpać radość i satysfakcję z bycia potrzebną, z nadawania sensu, z korzystania i rozwijania swoich zasobów. Chciałabym znowu mieć nadzieję.
Chciałabym umieć tam wrócić, tak na spokojnie, bez strachu, bez torsji, bez obsesyjnych obrazów w głowie, i umieć myśleć o sobie w kategoriach spójności, zgodności, bycia na swoim miejscu. Nie rzucać się stale z kąta w kąt, nie rozpatrywać każdego zdarzenia, każdego słowa z tak bolesnego poziomu meta, nie słyszeć ciągle w głowie tych wyimaginowanych szyderstw, obelg, nagan, wyrzutów brzmiących mym własnym głosem lub głosem moich autorytetów, osób, które podziwiam, ciskanych we mnie za karę, za to, że się sprzedałam (za psie pieniądze), że się dałam zmanipulować, wchłonąć, utopić w bezbarwnej mazi, że się nie umiem buntować, walczyć o to, co rzeczywiście dobre, słuszne i piękne, podjąć radykalnych kroków, ruszyć się jakoś, jakkolwiek, że się wyrzekam samej siebie, samą siebie ranię, gdy robię coś, bo mi włącza lampki awaryjne w całym obwodzie moich wartości i potrzeb, że się zabijam powoli i metodycznie, najpierw intelektualnie, potem duchowo, w końcu fizycznie...
Chciałabym mieć w sobie na tyle spójności, by albo zaakceptować to, gdzie i kim jestem, albo się umieć wynieść w inne miejsce i stać się kimś innym... A mnie brakuje i jednego, i drugiego.
poniedziałek, 28 marca 2011
tak czekają twej myśli...
Zaczynam się bać swoich marzeń. Nie dlatego, że ranią swym niespełnieniem, wręcz przeciwnie - urzeczywistniają się w błyskawicznym tempie, w przyroście lawinowym. Jeszcze nie zdążę do końca pomyśleć, a już to mam w zasięgu ręki. Jeszcze nie jestem na dobre świadoma decyzji, co dla mnie najbardziej właściwe, a już się muszę przystrajać do nowej roli. Jeszcze się cały kontekst trzyma w swych starych ramach, a już wkracza coś całkiem nowego, rujnując wszystko co wokół, jak taran.
Marzenia przeobrażają się w rzeczywistość, ale ich postać jest całkiem inna niż ta z wyobrażeń. Jak gdyby ktoś wyssał z mej głowy wszystkie projekty, myśli i plany, okrutnie je wynaturzył, przerobił w niezdarnych rękach, zaprawił nutą goryczy i żółci, i zwrócił mi jako karykaturę, rewers, odbicie w krzywym zwierciadle, i szczerząc zęby w tryumfalnym okrzyku szydził: "To, co kupiłaś, jest twoje, bierz to, co chciałaś".
Zatem marzenia wracają w postaci koszmarów, i pochłaniają kolejno spokój, pogodę ducha i zdrowe zmysły. Za nimi ciągną pytania. Czy moje aspiracje były za duże, a plany zbyt śmiałe? czy chciałam za wiele w zbyt krótkim czasie? Czy za wysoko zaczęłam się cenić? Mierzyć i dążyć tam, gdzie nie ma dla miejsca? Czy mi się zdarzył grzech hybris? Czy to jest kara, zemsta za moją zuchwałość? Czy to diabelskiej, a może innej jest wszystko proweniencji?
wtorek, 15 marca 2011
wszystko płynie
Wszystko przeze mnie przepływa. Słowa, ludzie, zdarzenia, dźwięki, obrazy, projekty, myśli. Wszystko przepływa, nic nie zostaje. Bez najmniejszego śladu. Jakby tego zupełnie nie było, jakby się nigdy nie działo. Przepływa niepostrzeżenie, spłukując resztki emocji, cień koncentracji.
Z niczym nie jestem w stanie się asocjować. Wszystko mi obojętne. Wszystko się toczy gdzieś obok mnie. Jakby mnie wcale nie dotyczyło. Jakby mnie wcale w tym wszystkim nie było. Nie tylko praca, która nie daje żadnego sensu, nie tylko wszyscy ci obcy ludzie, których rozmowy, spojrzenia i śmiechy dobiegają do mnie jak gdyby za muru, którego nie jestem w stanie przekroczyć. Także ci, którzy są mi najbliżsi, i te zdarzenia, które pozornie sprawiać powinny przyjemność. Potrafię iść z przyjaciółką przy boku po pięknych sklepowych pasażach i ani nie słyszeć, co do mnie mówi, ani nie widzieć tych wszystkich błyskotek i tkanin kuszących zza witryn... I ani zmusić się do mówienia, ani zmusić się do patrzenia. Raczej patrzeć - nie widzieć, słuchać - nie słyszeć, mówić - nie przekazując.
Wszystko przeze mnie przepływa. A ja jestem w środku zupełnie pusta.
niedziela, 09 stycznia 2011
odłamek lustra
Jak to się dzieje, że gdziekolwiek patrzę, widzę brzydotę i smutek, same defekty. Nic po za tym. Jak przez przeklęty filtr. Wszędzie. Nie do zniesienia. Czy jestem przez to złym człowiekiem?
Tak tęsknię za wiosną, za latem... Za światłem, zielenią, ciepłem, lekkością. Za czymś, co okryje tę szarość, smutek i brud. "...niektóre kawałki były mniejsze od ziarnka piasku i pofrunęły daleko w świat; gdy wpadły komuś do oka, tkwiły w nim, i wtedy człowiek ten widział wszystko na odwrót albo spostrzegał tylko to, co było w danym przedmiocie złe, gdyż każdy odłamek lustra miał tę właściwość co całe lustro; byli ludzie, którym taki odłamek wpadł do serca, i wtedy działo się coś okropnego: serce stawało się jak kawałek lodu".
/J.C. Andersen, Królowa śniegu/
|
|